poniedziałek, 9 listopada 2009
sobota, 7 listopada 2009
Fotki
Zainspirowana blogiem blogiem VintageGirl zamarzyłam o dobrze wystylizowanej i wypozowanej sesji. Z braku profesjonalnego osobistego fotografa postanowiłam sama coś wykombinować. Nic nadzwyczajnego, ale mnie się póki co, podoba.

Więcej dzisiejszych fotek znajdziecie na flickr

Więcej dzisiejszych fotek znajdziecie na flickr
niedziela, 14 czerwca 2009
Moja dzisiejsza przygoda.
Zrobiłam dziś coś, o czym od dawna marzyłam. Nigdy jednak nie starczało mi odwagi, żeby to zrealizować. Poszłam en femme na zakupy. I nawet nie pod osłoną ciemności (zdarzało mi się spacerować jesienią i zimą po zmroku). Plan kiełkował w mojej głowie od paru już dni, a dziś od rana w sposób szczególny narzucał się moim myślom. Pomyślałam sobie, że niektóre inne dziewczyny wychodzą bez skrępowania i raczej zalecają wychodzenie w dzień, co więc ja mam do stracenia. Ubrałam się raczej mało rzucająco się w oczy. Założyłam spodnie i białą bluzkę. I buty na 4 cm obcasie. Ten obcas, przy moim wzroście (185cm), może się wydawać niezbyt rozsądnym rozwiązaniem, ale w butach na obcasie czuję się pewniej jako Kinga. Dlatego właśnie na nie akurat się zdecydowałam. 4 cm to nie tak dużo i niewielka jest różnica, w gruncie rzeczy, między 185, a 189 centymetrów. Zdawałam sobie sprawę, że i tak będę zwracać uwagę.
Porę wybrałam taką, żeby nie było jeszcze ciemno, a jednocześnie, na ulicach nie było tłumu. Niedziela, godzina 20. Planowałam wyjść parę minut wcześniej, ale nie uporałam się na czas z przygotowaniami. A było tego trochę. Poza makijażem, ogoliłam ręce i koniecznie musiałam podpiłować i pomalować bezbarwnym lakierem paznokcie. Tak więc ostatecznie byłam gotowa na 19:45. Trochę trwało zanim się oswoiłam z myślą o tym co robię i zanim nastawiłam się mentalnie na to, dla mnie wyjątkowe, wydarzenie.
Postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, żeby nie być rozpoznana, a jednocześnie nie przejmować się ewentualną wpadką i każdą zaczepkę zignorować. Jednocześnie nastawić się na całkowitą szczerość, przy potencjalnej (choć niby dlaczego?) kontrolli przez policję albo przez ochronę sklepu. Z takim nastawieniem wyszłam z domu.
W takich wyjściach najbardziej stresujące są dla mnie pierwsze metry, gdzie mogę spotkać sąsiadów, którzy mnie rozpoznają. Ale po odejściu od bloku trochę się wyluzowałam, choć nerwy cały czas trzymały i wciąż schły mi wargi. Czasami, w trakcie drogi, zastanawiałam się co ja tak naprawdę robię i czy przypadkiem nie zgłupiałam. Ale uczucie bycia kobietą całkowicie mi tę niedogodność rekompensowało. Postanowiłam, że pójdę kawałek dalej, nie do najbliższego sklepu, gdzie często robię zakupy i gdzie, w zasadzie, mnie znają. Do większego trochę, gdzie są marne szanse na trafienie na kasjerkę, która z jakiegoś względu mnie zapamiętała. A więc pełna konspiracja.
Podczas spaceru starałam się dyskretnie patrzeć na reakcje ludzi, których mijałam. Jednocześnie nie spuszczałam wzroku i nie opuszczałam głowy, jakbym się czegoś bała. Grunt to pewność siebie. Z przykrością stwierdzam, że dużo mi brakuje w odgrywaniu roli kobiety. Przede wszystkim przez kilka mijających mnie kobiet zostałam rozpoznana. A przynajmniej zmusiłam je do intesywnego zastanawiania się i przetrawiania, co przed chwilą zobaczyły. Mężczyźni, jak pokazuje ogólne doświadczenie środowiska trans, byli mniej domyślni.
Niestety, dwukrotnie zdarzyło się, że co do rozpoznania nie było wątpliwości. Byli to jacyś młodzi ludzie w wieku gimnazjalnym. Raz, tuż pod sklepem, za plecami usłyszałam słowa "pedał, gej", natomiast już w powrotnej drodze, pod samym domem jeden mówił do pozostałych "ty, obczaj to". Przed wyjściem jednak postanowiłam się nie przejmować i tak też zrobiłam. Nawet się za nimi nie obejrzałam.
W sklepie zwróciłam chyba uwagę jednego pracownika, który kiedy się za mną oglądał, stłukł słoik, który właśnie wstawiał na półkę. Ale nic, uśmiechnęłam się tylko do siebie i poszłam dalej. Oczywiście, postanowiłam sobie, że kupię coś, co stanowi generalnie, wyłączność kobiet. Myślałam o podpaskach albo tamponach, ale kiedy się zastanowiłam na co mogłyby mi się one przydać, zrezygnowałam. Kupiłam sobie rajstopy i krem do twarzy.
Kasjerka u której płaciłam, również miała podejrzenia. Wykorzystała więc swój arsenał, założyła okulary i zaczęła mi zadawać pytania. Chyba ostatecznie przekonałam ją do mojej właściwej płci, bo po prostu się nie odzywałam. A co tam, mam głęboko gdzieś, co sobie o mnie pomyśli. Zapłaciłam i wyszłam. Powrót wyglądał w zasadzie tak samo, ale nie mogłam się powstrzymać i zapaliłam papierosa, który dla mnie stanowi pewien atrybut kobiecości, szczególnie jeśli jest długi i cienki. Wróciłam do domu, po drodze słysząc wspomniane "ty, obczaj to" i szczęśliwie nie mijając nikogo na klatce schodowej. Za to pod koniec, już w windzie, spociłam się niemiłosiernie. Cały ten stres musiał gdzieś się w końcu ulotnić, a stojące powietrze nie sprzyjało niepotliwości.
Teraz już jestem z powrotem, za zamkniętymi drzwiami (nowymi zresztą), w mojej twierdzy, gdzie mogę czuć się całkowicie bezpiecznie. Tak się kończy moja dzisiejsza przygoda. Nie wiem, czy prędko powtórzę taki numer, to wciąż jest dla mnie stresujące, natomiast udowodniłam sobie, że potrafię na pewne rzeczy po prostu nie reagować. A to chyba podstawa, jeśli nie wygląda się na 100% kobietę.
Porę wybrałam taką, żeby nie było jeszcze ciemno, a jednocześnie, na ulicach nie było tłumu. Niedziela, godzina 20. Planowałam wyjść parę minut wcześniej, ale nie uporałam się na czas z przygotowaniami. A było tego trochę. Poza makijażem, ogoliłam ręce i koniecznie musiałam podpiłować i pomalować bezbarwnym lakierem paznokcie. Tak więc ostatecznie byłam gotowa na 19:45. Trochę trwało zanim się oswoiłam z myślą o tym co robię i zanim nastawiłam się mentalnie na to, dla mnie wyjątkowe, wydarzenie.
Postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, żeby nie być rozpoznana, a jednocześnie nie przejmować się ewentualną wpadką i każdą zaczepkę zignorować. Jednocześnie nastawić się na całkowitą szczerość, przy potencjalnej (choć niby dlaczego?) kontrolli przez policję albo przez ochronę sklepu. Z takim nastawieniem wyszłam z domu.
W takich wyjściach najbardziej stresujące są dla mnie pierwsze metry, gdzie mogę spotkać sąsiadów, którzy mnie rozpoznają. Ale po odejściu od bloku trochę się wyluzowałam, choć nerwy cały czas trzymały i wciąż schły mi wargi. Czasami, w trakcie drogi, zastanawiałam się co ja tak naprawdę robię i czy przypadkiem nie zgłupiałam. Ale uczucie bycia kobietą całkowicie mi tę niedogodność rekompensowało. Postanowiłam, że pójdę kawałek dalej, nie do najbliższego sklepu, gdzie często robię zakupy i gdzie, w zasadzie, mnie znają. Do większego trochę, gdzie są marne szanse na trafienie na kasjerkę, która z jakiegoś względu mnie zapamiętała. A więc pełna konspiracja.
Podczas spaceru starałam się dyskretnie patrzeć na reakcje ludzi, których mijałam. Jednocześnie nie spuszczałam wzroku i nie opuszczałam głowy, jakbym się czegoś bała. Grunt to pewność siebie. Z przykrością stwierdzam, że dużo mi brakuje w odgrywaniu roli kobiety. Przede wszystkim przez kilka mijających mnie kobiet zostałam rozpoznana. A przynajmniej zmusiłam je do intesywnego zastanawiania się i przetrawiania, co przed chwilą zobaczyły. Mężczyźni, jak pokazuje ogólne doświadczenie środowiska trans, byli mniej domyślni.
Niestety, dwukrotnie zdarzyło się, że co do rozpoznania nie było wątpliwości. Byli to jacyś młodzi ludzie w wieku gimnazjalnym. Raz, tuż pod sklepem, za plecami usłyszałam słowa "pedał, gej", natomiast już w powrotnej drodze, pod samym domem jeden mówił do pozostałych "ty, obczaj to". Przed wyjściem jednak postanowiłam się nie przejmować i tak też zrobiłam. Nawet się za nimi nie obejrzałam.
W sklepie zwróciłam chyba uwagę jednego pracownika, który kiedy się za mną oglądał, stłukł słoik, który właśnie wstawiał na półkę. Ale nic, uśmiechnęłam się tylko do siebie i poszłam dalej. Oczywiście, postanowiłam sobie, że kupię coś, co stanowi generalnie, wyłączność kobiet. Myślałam o podpaskach albo tamponach, ale kiedy się zastanowiłam na co mogłyby mi się one przydać, zrezygnowałam. Kupiłam sobie rajstopy i krem do twarzy.
Kasjerka u której płaciłam, również miała podejrzenia. Wykorzystała więc swój arsenał, założyła okulary i zaczęła mi zadawać pytania. Chyba ostatecznie przekonałam ją do mojej właściwej płci, bo po prostu się nie odzywałam. A co tam, mam głęboko gdzieś, co sobie o mnie pomyśli. Zapłaciłam i wyszłam. Powrót wyglądał w zasadzie tak samo, ale nie mogłam się powstrzymać i zapaliłam papierosa, który dla mnie stanowi pewien atrybut kobiecości, szczególnie jeśli jest długi i cienki. Wróciłam do domu, po drodze słysząc wspomniane "ty, obczaj to" i szczęśliwie nie mijając nikogo na klatce schodowej. Za to pod koniec, już w windzie, spociłam się niemiłosiernie. Cały ten stres musiał gdzieś się w końcu ulotnić, a stojące powietrze nie sprzyjało niepotliwości.
Teraz już jestem z powrotem, za zamkniętymi drzwiami (nowymi zresztą), w mojej twierdzy, gdzie mogę czuć się całkowicie bezpiecznie. Tak się kończy moja dzisiejsza przygoda. Nie wiem, czy prędko powtórzę taki numer, to wciąż jest dla mnie stresujące, natomiast udowodniłam sobie, że potrafię na pewne rzeczy po prostu nie reagować. A to chyba podstawa, jeśli nie wygląda się na 100% kobietę.
wtorek, 12 maja 2009
TP 10.0
Godzina ósma. Pobudka, trzeba trochę ogarnąć mieszkanie na przyjazd Joasi. Wstajemy więc. Potem szybkie śniadanie. Płatki z mlekiem. Od samego rana kiecka - żeby wczuć się w rolę. Początkowo z pewną nieśmiałością używam żeńskich końcówek, wciąż bacznie obserwując Panią M. i Jej reakcje. Czasami zdarza mi się pomylić. Za to ze strony Pani M. żadnych widocznych prób zwracania się w sposób adekwatny do mojego stroju. Ale nic, sprzątamy. Tradycyjny podział obowiązków - Pani M. sprząta kuchnię i ściera kurze. Mnie zostaje łazienka i odkurzanie podłóg i dywanów. Wyrobiłyśmy się nawet bardzo szybko. Zostają nam dwie godziny do przyjazdu Joanny. Zapalamy papierosa. Wciąż mam problemy z używaniem żeńskich końcówek podczas rozmowy.
Idę do łazienki. Robię sobie lekki makijaż. Troszkę pudru, czarna kredka i tusz do rzęs, to wszystko. Na więcej przyjdzie czas wieczorem. Choć cały czas nie jestem przekonana, czy chcę iść na to TP. Przez chwilę zastanawiamy się, w którym wydaniu pojawi się Joanna. Godzina 12 - domofon. To Asia. Otwieram jej drzwi. Trochę zaskoczona. Przyjechała wcześniej, żeby mnie motywować do wyjścia, a tu wygląda na to, że jestem zmotywowana. Wyprowadzam ją z błędu i proponuję herbatę. Joanna jest en homme. Siedzimy więc w trójkę i rozmawiamy. Asia nie chce, niestety pograć w osadników, ale czas i tak szybko mija. Jestem ciekawa żeńskiego wydania Joanny. Pani M. troszkę też.
Po południu obiad. Mi smakowało, Joanna sobie dosalała, chyba nie przepada za sosami słodko-kwaśnymi. Po obiedzie wskakuję pod prysznic, robię sobie maseczkę peel off. Już jestem przekonana, że chcę wyjść na imprezę. Tylko trochę się boję. Najbardziej, jak zwykle, samego przejazdu na miejsce. Kusi mnie, żeby zrezygnować z taksówki i pojechać tramwajem.
Dwie godziny i 6 pędzelków później jestem gotowa. Jeszcze trochę rozterek, co na siebie założyć. Decyduję się na dżinsy i czarną sukienkę, która jest tak krótka, że raczej robi za tunikę. Zresztą ma nawet odpowiedni fason. Do tego czarne bolerko z długim rękawkiem zakończonym koronką, trochę biżuterii, paznokcie pomalowane na
"frencza". Pierścionki, wisiorek z serduszkiem i bransoletka. Jestem gotowa do wyjścia, tak samo jak Joanna. Trzeba przyznać, że figurę ma kobiecą. Tymczasem dopada mnie strach. Na dworze całkowicie jasno, choć to już godzina 19. Wypraszam u Joanny odczekanie do zmierzchu. Zachód słońca o godzinie 20:13, nie będzie dużo czekania.
Pani M. otwiera wino, pijemy w trójkę, z Panią M. zapalamy papierosa. Zauważyłam, że problemy z końcówkami się skończyły. I ja używam i Pani M. w odniesieniu do mnie zwraca się per Kinga. Trochę nam się dłuży. Asia przestępuje z nogi na nogę, a przy okazji odkrywa, że buty się zdefasonowały. Próbuje upchać je chusteczkami higienicznymi. Wciąż niewygodnie. Pani M. proponuje, że pożyczy Aśce swoje, ale okazują się za małe. No cóż, biedna Joanna, będzie musiała trochę pocierpieć.
Godzina 20:15, wciąż jasno. Piętnaście minut później w mieszkaniu trzeba zapalić światło. Stwierdzam, że mogę już wychodzić. Jeszcze tylko błyszczyk na usta i możemy iść. Ze zdenerwowania zapominam założyć klipsów i wcisnąć telefonu do torebki. Ale zauważę to poniewczasie. Trudno. Wychodzimy. Winda, nikogo nie ma. Wychodzimy z klatki, okazuje się, że jest jeszcze całkiem jasno. Ale taksówka już zamówiona, zresztą już wyszłyśmy, stres trochę ze mnie uleciał. Mijamy kilka - kilkanaście osób, nikt nie zwraca na nas uwagi. Zmierzamy w kierunku bankomatu.
Świat wydaje się taki wielki i taki obcy. Zupełnie, jakbym tej trasy nie przemierzała codziennie rano. Idę za szybko, wyprzedzam znacznie Panią M. i Joannę. Wciąż muszę się zatrzymywać, żeby mogły mnie dogonić. Podchodzi do nas młody facet i prosi o 50 groszy, bo mu do czegoś zabrakło. Idę na pierwszy ogień, bo znowu się wybiłam i poszłam za szybko. Patrzę na Joannę. Panika w oczach, tak jak i u mnie. Na szczęście Pani M. ratuje sytuację. Wyciąga pieniądze z torebki. No to do bankomatu. Otwieram torebkę, wyjmuję kartę i słyszę dwóch blokersów, przechwalających się kogo to oni nie stłukli. Nogi się pode mną uginają, ale staram się nie okazywać zdenerwowania. Mam pieniądze i kartę. Możemy iść. Ruszamy na postój taksówek. 5 minut czekania i przyjeżdża. Wsiadamy, teraz mogę się odprężyć.
Przez całą drogę się nie odzywamy, niezbędny dialog z taksówkarzem prowadzi za nas Pani M. Trochę dziwnie się czuję. Wiem, że zachowujemy się nienaturalnie, powinnyśmy coś mówić, ale boimy się, że się zdemaskujemy, milczymy więc. Na szczęście nie jest daleko, zaledwie parę kilometrów.
Wysiadamy w jakiejś dziczy w centrum miasta. Niskie zabudowania i ani śladu jakiegokolwiek klubu. Nagle na bramie dostrzegamy karteczkę "Trans Party ->". No to jesteśmy w domu. Stres ze mnie całkiem uchodzi. Joanna się trochę potyka w niewygodnych butach. Wchodzimy do środka. W pierwszej sali całkiem pusto. Czyżby nikogo nie było? Ale jest kolejny drogowskaz, trafiamy do sali zarezerwowanej dla nas. I jest nas tu trochę. Ale super.
Impreza fajna. Poznaję kilka nowych osób, rozmawiam z już mi znanymi. Wysłuchuję ogromnej ilości raczej przesadzonych komplementów. Czas mija nam bardzo szybko. Pani M. też wygląda na zadowoloną.
Imprezę kończy nam niespodziewany wypadek. Zostajemy oblane większą ilością piwa. Ja i Pani M., bo Joanna jest akurat gdzie indziej. Nienawidzimy obie zapachu tego alkoholu. Decydujemy się znikać. Po drodze, zdenerwowana, natykam się na nowego gościa, później się okaże, że to Miaalala, wtedy dzielę się z nią tylko moją złością na oblewacza. Krótkie pożegnania i wychodzimy wkurzone na zewnątrz. Zamawiamy taksówkę. Wkrótce przyjeżdża. Jestem wkurzona, ani trochę się nie stresuję, jest mi doprawdy wszystko obojętne. Werbalnie wskazuję taksówkarzowi, w którą uliczkę osiedlową ma wjechać. Pani M. twierdzi później, że się nawet nie zorientował. Trudno powiedzieć.
Joanna jest wściekła na buty. Wysiada z taksówki i po kilku metrach zdejmuje i idzie boso w samych rajstopach. Wyrzuca je do pierwszego napotkanego śmietnika. Wracamy do domu. Dopiero tutaj następuje refleksja. To był dla mnie i dla Pani M. magiczny dzień. Pojawiło się jakieś dodatkowe zrozumienie, coś czego ostatnimi czasy między nami zabrakło. Nie możemy się od siebie odkleić.
Tak, to był magiczny dzień. Dawno nie czułam się tak kobieco i tak we właściwej roli. Wszystko było tak jak należy, a teraz wciąż myślę o przekroczeniu jakiejś kolejnej granicy. Dzień, zakupy w centrum handlowym, kawa w kawiarni. Najlepiej z Panią M., jeśli da się w to wciągnąć.
Idę do łazienki. Robię sobie lekki makijaż. Troszkę pudru, czarna kredka i tusz do rzęs, to wszystko. Na więcej przyjdzie czas wieczorem. Choć cały czas nie jestem przekonana, czy chcę iść na to TP. Przez chwilę zastanawiamy się, w którym wydaniu pojawi się Joanna. Godzina 12 - domofon. To Asia. Otwieram jej drzwi. Trochę zaskoczona. Przyjechała wcześniej, żeby mnie motywować do wyjścia, a tu wygląda na to, że jestem zmotywowana. Wyprowadzam ją z błędu i proponuję herbatę. Joanna jest en homme. Siedzimy więc w trójkę i rozmawiamy. Asia nie chce, niestety pograć w osadników, ale czas i tak szybko mija. Jestem ciekawa żeńskiego wydania Joanny. Pani M. troszkę też.
Po południu obiad. Mi smakowało, Joanna sobie dosalała, chyba nie przepada za sosami słodko-kwaśnymi. Po obiedzie wskakuję pod prysznic, robię sobie maseczkę peel off. Już jestem przekonana, że chcę wyjść na imprezę. Tylko trochę się boję. Najbardziej, jak zwykle, samego przejazdu na miejsce. Kusi mnie, żeby zrezygnować z taksówki i pojechać tramwajem.
Dwie godziny i 6 pędzelków później jestem gotowa. Jeszcze trochę rozterek, co na siebie założyć. Decyduję się na dżinsy i czarną sukienkę, która jest tak krótka, że raczej robi za tunikę. Zresztą ma nawet odpowiedni fason. Do tego czarne bolerko z długim rękawkiem zakończonym koronką, trochę biżuterii, paznokcie pomalowane na
"frencza". Pierścionki, wisiorek z serduszkiem i bransoletka. Jestem gotowa do wyjścia, tak samo jak Joanna. Trzeba przyznać, że figurę ma kobiecą. Tymczasem dopada mnie strach. Na dworze całkowicie jasno, choć to już godzina 19. Wypraszam u Joanny odczekanie do zmierzchu. Zachód słońca o godzinie 20:13, nie będzie dużo czekania.
Pani M. otwiera wino, pijemy w trójkę, z Panią M. zapalamy papierosa. Zauważyłam, że problemy z końcówkami się skończyły. I ja używam i Pani M. w odniesieniu do mnie zwraca się per Kinga. Trochę nam się dłuży. Asia przestępuje z nogi na nogę, a przy okazji odkrywa, że buty się zdefasonowały. Próbuje upchać je chusteczkami higienicznymi. Wciąż niewygodnie. Pani M. proponuje, że pożyczy Aśce swoje, ale okazują się za małe. No cóż, biedna Joanna, będzie musiała trochę pocierpieć.
Godzina 20:15, wciąż jasno. Piętnaście minut później w mieszkaniu trzeba zapalić światło. Stwierdzam, że mogę już wychodzić. Jeszcze tylko błyszczyk na usta i możemy iść. Ze zdenerwowania zapominam założyć klipsów i wcisnąć telefonu do torebki. Ale zauważę to poniewczasie. Trudno. Wychodzimy. Winda, nikogo nie ma. Wychodzimy z klatki, okazuje się, że jest jeszcze całkiem jasno. Ale taksówka już zamówiona, zresztą już wyszłyśmy, stres trochę ze mnie uleciał. Mijamy kilka - kilkanaście osób, nikt nie zwraca na nas uwagi. Zmierzamy w kierunku bankomatu.
Świat wydaje się taki wielki i taki obcy. Zupełnie, jakbym tej trasy nie przemierzała codziennie rano. Idę za szybko, wyprzedzam znacznie Panią M. i Joannę. Wciąż muszę się zatrzymywać, żeby mogły mnie dogonić. Podchodzi do nas młody facet i prosi o 50 groszy, bo mu do czegoś zabrakło. Idę na pierwszy ogień, bo znowu się wybiłam i poszłam za szybko. Patrzę na Joannę. Panika w oczach, tak jak i u mnie. Na szczęście Pani M. ratuje sytuację. Wyciąga pieniądze z torebki. No to do bankomatu. Otwieram torebkę, wyjmuję kartę i słyszę dwóch blokersów, przechwalających się kogo to oni nie stłukli. Nogi się pode mną uginają, ale staram się nie okazywać zdenerwowania. Mam pieniądze i kartę. Możemy iść. Ruszamy na postój taksówek. 5 minut czekania i przyjeżdża. Wsiadamy, teraz mogę się odprężyć.
Przez całą drogę się nie odzywamy, niezbędny dialog z taksówkarzem prowadzi za nas Pani M. Trochę dziwnie się czuję. Wiem, że zachowujemy się nienaturalnie, powinnyśmy coś mówić, ale boimy się, że się zdemaskujemy, milczymy więc. Na szczęście nie jest daleko, zaledwie parę kilometrów.
Wysiadamy w jakiejś dziczy w centrum miasta. Niskie zabudowania i ani śladu jakiegokolwiek klubu. Nagle na bramie dostrzegamy karteczkę "Trans Party ->". No to jesteśmy w domu. Stres ze mnie całkiem uchodzi. Joanna się trochę potyka w niewygodnych butach. Wchodzimy do środka. W pierwszej sali całkiem pusto. Czyżby nikogo nie było? Ale jest kolejny drogowskaz, trafiamy do sali zarezerwowanej dla nas. I jest nas tu trochę. Ale super.
Impreza fajna. Poznaję kilka nowych osób, rozmawiam z już mi znanymi. Wysłuchuję ogromnej ilości raczej przesadzonych komplementów. Czas mija nam bardzo szybko. Pani M. też wygląda na zadowoloną.
Imprezę kończy nam niespodziewany wypadek. Zostajemy oblane większą ilością piwa. Ja i Pani M., bo Joanna jest akurat gdzie indziej. Nienawidzimy obie zapachu tego alkoholu. Decydujemy się znikać. Po drodze, zdenerwowana, natykam się na nowego gościa, później się okaże, że to Miaalala, wtedy dzielę się z nią tylko moją złością na oblewacza. Krótkie pożegnania i wychodzimy wkurzone na zewnątrz. Zamawiamy taksówkę. Wkrótce przyjeżdża. Jestem wkurzona, ani trochę się nie stresuję, jest mi doprawdy wszystko obojętne. Werbalnie wskazuję taksówkarzowi, w którą uliczkę osiedlową ma wjechać. Pani M. twierdzi później, że się nawet nie zorientował. Trudno powiedzieć.
Joanna jest wściekła na buty. Wysiada z taksówki i po kilku metrach zdejmuje i idzie boso w samych rajstopach. Wyrzuca je do pierwszego napotkanego śmietnika. Wracamy do domu. Dopiero tutaj następuje refleksja. To był dla mnie i dla Pani M. magiczny dzień. Pojawiło się jakieś dodatkowe zrozumienie, coś czego ostatnimi czasy między nami zabrakło. Nie możemy się od siebie odkleić.
Tak, to był magiczny dzień. Dawno nie czułam się tak kobieco i tak we właściwej roli. Wszystko było tak jak należy, a teraz wciąż myślę o przekroczeniu jakiejś kolejnej granicy. Dzień, zakupy w centrum handlowym, kawa w kawiarni. Najlepiej z Panią M., jeśli da się w to wciągnąć.
czwartek, 7 maja 2009
Wiosenna depresja?
Dopadło mnie jakieś przygnębienie. Na dodatek na 3 dni przed TP 10.0. Nie czuję się atrakcyjnie, nie czuję się na tyle kobieco, żeby pokazywać się ludziom. Przeszła mi chętka na udział w imprezie.
Do tego jeszcze na forum crossdressing.pl kolejna zadyma. Ktoś znika, usuwa swój profil, ktoś robi awantury, a wszyscy się pouczają, jak należy postępować.
Kilka dni temu pani M. stwierdziła, że Kingi oglądać nie chce. I powietrze ze mnie zeszło. Wrócił ze świstem mój MA. Cudem powstrzymałam go od obcięcia dość długo zapuszczanych paznokci.
A nowa kiecka i nowa bluzka wiszą w szafie. I sukienka, którą zamierzam nosić jak tunikę, a która być może jest gdzieś w drodze, też pewnie trafi od razu do szafy, może MA będzie miał na tyle humoru, że chociaż pozwoli mi ją przymierzyć.
Bo o makijażu i innych bajerach to sobie chyba mogę pomarzyć. MA się zawziął i nie chce mnie nikomu pokazywać, a w szczególności Pani M.
Nasuwa mi się tylko jedna pozytywna myśl. MA dał się przekonać do ogolonych nóg i stwierdził, że na nim też dobrze wyglądają. Chodzi więc sobie na rolki w krótkich spodenkach i się nie przejmuje co kto sobie pomyśli. A ja czuję się odrobinkę lepiej.
Do tego jeszcze na forum crossdressing.pl kolejna zadyma. Ktoś znika, usuwa swój profil, ktoś robi awantury, a wszyscy się pouczają, jak należy postępować.
Kilka dni temu pani M. stwierdziła, że Kingi oglądać nie chce. I powietrze ze mnie zeszło. Wrócił ze świstem mój MA. Cudem powstrzymałam go od obcięcia dość długo zapuszczanych paznokci.
A nowa kiecka i nowa bluzka wiszą w szafie. I sukienka, którą zamierzam nosić jak tunikę, a która być może jest gdzieś w drodze, też pewnie trafi od razu do szafy, może MA będzie miał na tyle humoru, że chociaż pozwoli mi ją przymierzyć.
Bo o makijażu i innych bajerach to sobie chyba mogę pomarzyć. MA się zawziął i nie chce mnie nikomu pokazywać, a w szczególności Pani M.
Nasuwa mi się tylko jedna pozytywna myśl. MA dał się przekonać do ogolonych nóg i stwierdził, że na nim też dobrze wyglądają. Chodzi więc sobie na rolki w krótkich spodenkach i się nie przejmuje co kto sobie pomyśli. A ja czuję się odrobinkę lepiej.
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Słownik (mój i nie mój)
Poniższy słownik nie jest pełny i będzie rozbudowywany w miarę upływu czasu, czy w miarę pojawiania się nowych pojęć. Zawiera definicje zwrotów, a także opisy osób pojawiających się na moim blogu. Link do słownika na stałe znajduje się w menu po lewej stronie.
MA to tzw. Męski Animator, inaczej Nosiciel albo Brzydsza Połowa. Określenie to pojawiło się po raz pierwszy chyba na portalu crossdressing.pl do oznaczenia męskiej wersji określonej osoby. Czasami przewrotnie używam tego określenia, aby ukazać pewien konflikt interesów między dwoma stronami mojej osobowości, nie oznacza to jednak, że mam nierówno pod sufitem i schizofrenię, tudzież inne rozdwojenie jaźni.
Pani M. to Perełka Kingi, czyli mnie. Pani M. pojawiła się w moim życiu jesienią 2008 i od tamtego czasu wciąż przy mnie trwa. Pani M. czasami występuje w tym blogu, na przykład w notce "Pani M. poznaje Kingę (i vice versa)" oraz posiada swojego bloga. Pani M. jest brunetką o pięknych, głębokich i ciemnych oczach i nie wyobrażam sobie bez Niej życia.
MA to tzw. Męski Animator, inaczej Nosiciel albo Brzydsza Połowa. Określenie to pojawiło się po raz pierwszy chyba na portalu crossdressing.pl do oznaczenia męskiej wersji określonej osoby. Czasami przewrotnie używam tego określenia, aby ukazać pewien konflikt interesów między dwoma stronami mojej osobowości, nie oznacza to jednak, że mam nierówno pod sufitem i schizofrenię, tudzież inne rozdwojenie jaźni.
Pani M. to Perełka Kingi, czyli mnie. Pani M. pojawiła się w moim życiu jesienią 2008 i od tamtego czasu wciąż przy mnie trwa. Pani M. czasami występuje w tym blogu, na przykład w notce "Pani M. poznaje Kingę (i vice versa)" oraz posiada swojego bloga. Pani M. jest brunetką o pięknych, głębokich i ciemnych oczach i nie wyobrażam sobie bez Niej życia.
piątek, 10 kwietnia 2009
Balerinki
Stało się coś wyjątkowego. Założyłam balerinki. I co gorsza, nie mają żadnego obcasa. Do tej pory balerinki kojarzyły mi się raczej z butami Zająca z kreskówki "Wilk i zając", co niespecjalnie wzbudzało we mnie optymizm.
Ostatnio jednak Pani M. kupiła sobie właśnie balerinki, wbrew wysiłkom mojej mimiki, aby temu zapobiec. I jak się okazało, bardzo fajnie w nich wygląda.
No więc kupiłam sobie też. Są płaskie, nie jestem w nich wysoka jak sosna, optycznie pomniejszają stopę i pasują do spodni i długich kiecek. Póki co jestem zadowolona, zobaczymy co będzie dalej.
Ostatnio jednak Pani M. kupiła sobie właśnie balerinki, wbrew wysiłkom mojej mimiki, aby temu zapobiec. I jak się okazało, bardzo fajnie w nich wygląda.
No więc kupiłam sobie też. Są płaskie, nie jestem w nich wysoka jak sosna, optycznie pomniejszają stopę i pasują do spodni i długich kiecek. Póki co jestem zadowolona, zobaczymy co będzie dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



